To chyba nic dziwnego że przed porodem rozmawia się o wszystkich obawach i przypadkach. To po prostu strach. Ja urodziłam miesiąc temu 5 maluszka i poród był straszny 29h ,zaniki tętna, zielone wody, Barki a już po okazało się że jeszcze mamy konflikt grup głównych.Dla mnie ból jest nie do opisania,straszny o do tego bóle krzyżowe ale to tak naprawdę da się przeżyć ale Opublikowano 9 Listopada 2005 09.11.2005 23:51. Cześć mam 25 lat pare miesiecy temu. urodziła córke niestety w wyniku powikłań po cesarce, która ratowała moje zycie bo nie mogłam oddychać rozpoczął sie dramat. zapodali mi 3 różne bakterie w wyniku tego rozszedł mi sie szew , to zaczeli mi jakieś okłady robić , z takiej chemii Смерть - це найгірше, що може трапитися з людиною, крім тортур чи смерті коханої людини. Як можна уникнути страху смерті? Як не боятися смерті? Чи є у вас якісь способи? Як ви справляєтесь із екзистенційною тривогою? Opublikowano 19 Kwietnia 2015. Mnie to dopadło pół roku temu :- ( ja mam gorzej, bo zaczęło się od bólu w boku z lewej strony, badania krwo, usg, nic nie wykazały. Jedynie rtg że mam ucisk nerwu międzyżevrowego, chodzę do masażyty. Aha teraz szumi mi w głowie, zimne dłonie, stopy, wybuchy paniki, że umrę, kołatanie serca. „Po tym jak włączyłam buddyzm do swojego życia, zdobyłam świadomość, że potrafię wznieść się ponad problemy i zrobić z nich coś wartościowego. (…) Nasz stosunek do śmierci ma wielki wpływ na nasz stosunek do życia. Ścieżka buddyjska to nie strach przed śmiercią, ale postrzeganie jej jako naturalnej części kręgu życia. z obawy przed wystąpieniem lęku, chory unika wychodzenia z domu, zwłaszcza sam, podróży środkami komunikacji miejskiej czy innych sytuacji, które powodują lęk. Jeśli nie jest w stanie ich uniknąć, odczuwa strach przed pojawieniem się nagłego ataku paniki; lęk lub niepokój nie są efektem innych schorzeń. WOzJT39. Nick Cardillicchio (Rodale Images) Joe Kita, gdy skończył 43 lata, postanowił rozprawić się ze swoimi lękami: od strachu przed wystąpieniami publicznymi przez strach przed lataniem, wypadkiem samochodowym, przed bólem, tornadem, lękiem wysokości aż po lęk przed śmiercią. Po co? Żeby zacząć żyć. Wszystkie doświadczenia opisał w książce "Accidental Courage". (fot. Nick Cardillicchio) No jasne. Przez te wszystkie lata doskonalił technikę. Na pewno trenuje codziennie. - Nigdy nie dotykam noża między występami. Gdybym nie umiał rzucać nożami wcześniej, na pewno bym się tego nie nauczył racja. Ale ciekawe, kiedy ostatni raz występował? - Hm, niech no pomyślę... Jakieś osiem miesięcy że wystarczy tych pytań. To mogła być ta jedna jedyna sytuacja, kiedy wiedza nie pomaga radzić sobie ze strachem. Pora się pożegnać. - Do widzenia - powiedziałem do słuchawki. - Powodzenia! - nie zażądał pieniędzy z moje ostatnie życzenieOpiszę sposób, w jaki chciałbym być pochowany, na wypadek gdyby, nie daj Boże, Che Che się poślizgnął: jeżeli moja rodzina nie będzie miała nic przeciwko temu, chciałbym po wszystkim poleżeć parę dni w domu. Jeżeli w opowieściach o nieśmiertelnej duszy jest choć ziarno prawdy, chciałbym spędzić jeszcze parę dni we własnym domu, z tymi, których kocham. Może uda mi się jakoś im to zajmie się kwestiami technicznymi, załatwi formalności, transport, połata rany od noża. Wolałbym leżeć we własnym łóżku, ale jeśli miałoby to zniszczyć materac, może też być jedna z jego trumien. Suchy lód może być, ale nie życzę sobie żadnego balsamowania, makijażu ani odświętnego ubranka. Niech będę taki jak zawsze. Chcę być normalnym martwym ciałem, nie manekinem. Nie chcę, żeby ktoś koło mnie szeptał: - Pięknie go kiedy już wszyscy się pożegnają, kiedy się nasmucą, a ja zacznę z wolna zielenieć, Bob może mnie zabrać. Skromna ceremonia w naszym kościele zupełnie mi wystarczy. Jeżeli pogoda dopisze, może da się urządzić ją na dworze. Zamiast wygłaszać szablonową kościelną mowę pogrzebową, poproście któregoś z przyjaciół, żeby powiedział parę słów. Pochowajcie mnie na cmentarzu pod się, a zginiesz!- Cześć! To ty, Joe? Tu mówi Che Che. Jestem teraz... Gdzie jesteśmy? Koło restauracji Golden Corral przy drodze nr siódma wieczorem. To może być ostatni wieczór w moim Złapałem gumę jakieś 20 mil za Bradford. Cholerny pech. Chyba się spóźnię. To dokąd mam jechać? Wyjaśniłem mu, jak dojechać do parkingu, na którym może postawić swój dom na kółkach. Na szczęście to niedaleko. Sądząc po głosie, Che Che jest Powodzenia - powiedziałem na Żegnam - odparł krótko. Dlaczego za każdym razem jego pożegnania budzą we mnie niepokój? Następnego ranka Che Che zaprosił mnie do swojej przyczepy: - Siadaj. Pokażę ci coś na wideo - zaproponował. - Będziesz przynajmniej wiedział, czego się są tak stare i zamazane, że zacząłem się zastanawiać, kiedy to Che Che ostatni raz pracował. Ale widzę, że jest z nich wyraźnie dumny. A duma to dobry znak. Świadczy o talencie. Siedzę więc i patrzę, jak Che Che ciska nożami w ludzi w najróżniejszych pozach - mam naoczny dowód, że potrafi to że nie tylko ja mu się uważnie przyglądam. On też zdaje się mnie oceniać. Najważniejsze w jego zawodzie to umieć ocenić, o ile drgnie jego żywy cel. Każdy się rusza, to kwestia instynktu. Pozostaje pytanie, jak bardzo. Jeżeli celem jest przypadkowy widz, trzeba wziąć dużą poprawkę, nawet kilka cali. Ale zawodowe asystentki nie ruszają się prawie w ogóle. Można rzucać tak blisko, żeby przybić nożem spódnicę, pasek czy odciąć warkoczyki. I nawet jeśli ostatnio nie rzuca już z 13 metrów, tylko z 4, nadal robi to wstrząsające Starzeję się, więc musiałem trochę odpuścić - wyjaśnia Che Che, masując dłonie. - Mam początki artretyzmu, a kilka lat temu przeszedłem operację się szeroko. Wiem, że mnie sprawdza. Staram się nie w oko ze śmierciąWychodzimy na zewnątrz i Che Che zaczyna przygotowywać scenę. Tablica, pod którą będę stał, jest krwistoczerwona. (Sprawdziłem, czy to na pewno farba).Waży jakieś 70 kilogramów i - o ironio! - ma kształt nagrobka. Widzę, że cała powierzchnia jest usiana głębokimi śladami po nożu. Ten kawałek drewna przyjął tysiące ciosów, ale nie układają się one w żaden wzór. Tyle samo dziur jest na środku, co na obrzeżach. Che Che widzi, na co patrzę. - Nikt nie jest doskonały - wzrusza ramionami. Jeżeli czujesz Czaplo i czujecie ogólnie strach przed atakiem to niestety ale nerwica jest w was na całego Na tym strachu ona się właśnie opiera. Co do leczenia nerwicy to najważniejsze co to wziąć sprawy we własne ręce, czyli przyjąć jakby odpowiedzialność za wyzdrowienie na siebie. Bo ogólnie możemy wyliczać czy terapia powinna trwać rok, dwa czy 7 ale nie zmieni się nic dopóki to wyliczamy a tego nie robimy. Tak naprawdę ja też nie zgadzam się z założeniem, ze terapia to co najmniej dwa lata powinna trwać. Terapia będzie trwać tyle w ile sami będziemy potrafili rozpracować swoje lęki a dokładnie w ile będziemy potrafili przełamać strach przed atakiem paniki i innymi objawami. Tak samo jest z lekami, szczerze mówiąc nie rozumiem tego jak ktoś mówi, ze leków to na razie nie potrzeba brać bo sobie radzisz samemu. Co znaczy radzenie sobie samemu przy tym, ze trzęsiemy się na mysl przed atakiem? Czyli nie radzimy sobie. Ja też się zawsze oszukiwałem, mówiąc daję sobie radę bo jeden czy dwa dni były lepsze, bo jakiś czas nie było ataku, bo w pocie czoła wyszedłem tu i tam. Być może jest to radzeniem sobie w obliczu naszego zaburzenia, ale nie jest to zdrowienie, kiedy za kołnierzem czujemy zbliżający się atak i boimy sie go jak niczego na świecie. Czyli kiedy jest dobra pora na branie leków? Jak leżymy z rozdziawioną gębą? Nie jestem zwolennikiem psychotropów ale rada, że leki to ci nie potrzebne bo jakoś tam żyjesz to nie rada tylko "gwóźdź do trumny". Ogólnie ciężko jest mając nerwice się odnaleźć w tym całym leczeniu, bo najczęściej co się słyszy to to, ze pomóc sobie możesz samemu, albo trzeba przełamać strach itp. Do tego słyszy się o jakiś terapiach, których nazwy nam na początku nic nie mówią. Ale właśnie o to chodzi z tą odpowiedzialnością za swoje zdrowie psychiczne, zamiast poświęcać czas na hipochondryczne czytanki o rakach i innych chorobach można poczytać coś o terapii. Można poczytać o lekach antydepresyjnych, jak one działają, mozna poczytać czym się leczy nerwicę, Bo zostawianie wszystkiego psychologowi i psychiatrze i załamując ręce nie pomagamy sobie. Wiele osób czeka na wizyty u psychologa z nadzieją, że on coś powie, da jakąś radę, że nagle nerwica, ataki się skończą, niestety NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO. Jak będzie coś podobnego to zostanie to nagrodzone nagrodą Nobla Jest tyle ciekawych i coś dających książek o nerwicach o pokonywaniu lęków, nalezy je poczytać, nie mówić, ze jest się już tym zmęczonym, iść na fotel do psychologa w nadziei wyspiewać wszystkie te najgorsze objawy i czekać na cud chyba. Powiem wam prawdę, to nic wam nie da, niepotrzebnie wydane pieniądze. Terapia 2 lata? Nic bardziej mylnego, terapia poznawczo-behawioralna zakłada o wiele mniej sesji, no chyba, że będziemy chodzić raz co drugi miesiąc Oczywiście można i 7 lat chodzić na nią, kiedy zaczynając terapię mówimy, że nie będziemy przełamywać ataków bo się tego za bardzo boimy i niech psycholog wymyśli inna metodę Jasne, ze są terapię co zakładają więcej lat na poczatku, analiza itp. I jesli ktoś uważa albo czuję, ze jego problemy psychiczne wynikają z problemów z dziecinstwa, brakiem miłości, problematycznymi rodzicami itd to dobrze jest i na taką terapię chodzić. Ale i tak uważam, ze jeśli męczą nas ataki paniczne i okropne lęki należy najpierw wyćwiczyć przełamywanie strachu i lęku przed tym aby to po prostu przestało się pojawiać. Czy jest to w ogóle możliwe? Tak jest. Ja ataków paniki już nie dostaję, czasem jeszcze przychodzi poczatek jakby ataku ale panika już nie wzrasta, dzięki powolnemu bardziej przełamywaniu poczułem się w końcu bezpieczny w obliczu ataków paniki i objawów nerwicy. To jest tak jak posiadanie tego tranxene, daje on poczucie bezpieczeństwa i coś jest lepiej, mnie to bezpieczeństwo rozwineło się we mnie. Czy wyzdrowiałem z nerwicy i problemów psychicznych całkiem? Nie, nie wyzdrowiałem. Kiedyś żeśmy rozmawiali o tym co znaczy wyzdrowienie. Są osoby, które chorują na nerwice mają ataki i tak naprawdę wystarczy im podjąć leczenie, i przy pozytywnym skutku po prostu zdrowieją, nerwica ich już nie dotyczy ale sa też ludzie, którzy nerwice mają jakoby we krwi, innymi słowy mają spartaczoną osobowość, od zawsze byli "tchórzami" przed chorobami, jako dzieci patrzyli czy rodzice oddychają (to tylko przykład), obawiali się ciągle czegoś, chorób, śmierci w większym stopniu niż rówieśnicy (bo obawia to się każdy). U tych osób jest gorzej trochę bo nawet po podleczeniu nerwicy, zauwazają oni, ze te objawy, ataki to tylko taki uboczny efekt ich całościowego problemu, ze są po prostu inni , ze i tak ciągle się boją tego czy owego. Jak z tym się uporać? Tego nie wiem, bo sam nalezę do tego doborowego grona. Nie mam ataków paniki, nie boję się objawów jak kiedyś, nawet depersonalizacja się zmniejszyła bo już mnie tak nie przeraża ale ciągle jest jakieś ALE. Ciągle idąc gdzieś coś załatwić okrążam budynek 17 razy zanim wejdę i jąkam się w środku bo stoi obcy człowiek, trzęsie mi się głowa, ręce, pocę się, ciągle licze wyrazy w nazwach, i cała masa różnych dziwactw. Ale jednak i tak się ciesze, ze lęki takie 24 godzinne juz nie sa dla mnie straszne ani ataki paniki, bo bez tego moge się skupić na poprawianiu innych swoich pojebców Nawet gdy wydaje ci się, że jesteś z tego drugiego grona, nie trzeba od razu wykrzykiwac pod niebiosa "dlaczego JA" itp. Po prostu pogódź się z tym, że masz taki problem i staraj się to zmienić, staraniem się zawsze się coś osiągnie. I nie pisze tego bo jestem już taki mądry i beztroski Jak kiedyś pierwszy mój psycholog powiedział mi podobne słowa co napisałem wyżej, to sobie pomyślałem "ty stara głupia pizdo co ty wiesz o lękach" Teraz myślę, że w dużej części miała rację, szkoda tylko, ze zajeło mi to 5 lat ataków paniki i lęku 24 na dobę aby to troche zrozumieć. Nie piszę tego też aby pokazać co to ja wiem i jaki jestem och i ach, bo doskonale wiem co to lęk, tego już nigdy nie zapomnę, wiem, że jest to straszne i bardzo bym chciał przekazać wam wszystkim to uczucie wewnętrznego bezpieczeństwa. Ale nie da się tego zrobić, naprawdę nie ma słów takich aby powiedzieć coś i było już dobrze i nerwica znika. Trzeba to przeżyć samemu, choćby najlepszy psycholog tłumaczył i dawał rady a my tylko słuchamy nic to nam nie da. W jednej książce kiedyś przeczytałem : "czytanie i słuchanie o sposobach radzenia sobie z lękiem i atakami paniki, nic nie da, jeśli nie będziemy tego ćwiczyli na sobie" I taka jest prawda. Czytajcie, poszerzajcie swoje informację o terapii, porównujcie co i jaka terapia dla was może być lepsza, co mozecie wziąć dla siebie, przecież można to zrobić, czesto wiecej czasu tracicie na czytaniu o rakach, zawałach, niepotrzebnie. Tak samo jest z lekami, można poczytać jak bardzo tak naprawde one psują nas samych, bo wiele osób się martwi, ze psychotropy niszczą osobowość,z mieniają itp. ostatnio przeczytałem taki tekst "czy jak zjesz kawałek czekolady to poprawia się nastrój"? Popraiwa się, cukier rośnie itd. A czy to zmienia nas samych? tak naprawdę to samo dotyczy leków antydepresyjnych, którymi leczy się nerwicę, one mają za zadanie poprawiać nastrój, nie zmieniaja niczego w nas. Owszem bywają skutki uboczne, nie mówię, że nie. Brałem około 13 leków to trochę wiem o nich. Ale i tak uważam, ze leki to nie jest wcale ostateczne zło, chociaż przyznaję, że terapia jest lepsza ale tylko pod tym względem, że możemy sami przełamywać lęki. Jednak połączenie leków i terapii może przyczynić się do jeszcze szybszego wyzdrowienia. Mam czesto, aż za często ciągle takie chwile kiedy ogarnia mnie płacz i niemoc, kiedy miałem dzień kiedy znowu głowa mi się trzęsła bo miałem rozmowe o pracy z kims obcym, bo musiałem wejśc do sklepu z tłumem i rece mi się trzęsły, bo przede mną jeszcze miliony takich prób, i tal naprawdę każdy dzień to jest dla mnie walka o normalność, mam ochote wtedy jebnąc sobie w głowę, ale skoro chce się zabić to równie dobrze moge spróbować tego czego się boję. Czas nie być całkowitym tchórzem. Witam. Po miesiącach poczytywania tego forum zdecydowałam się napisać. Mam 37 lat. Mam normalną rodzinę, niby szczęśliwe, dostatnie życie. Jednak to tylko pozory... Na nerwicę lękową zapadłam 12 lat temu. Wówczas objawiła się ona silną somatyzacją - miałam niemal wszystkie objawy SM. Lęk przed tą choroba tak mną zawładnął, że 2 mce leżałam w łóżku z lekko drętwiejącą nogą, parestezjami, zaburzeniami widzenia, zawrotami, bólami stawów i mega lękiem. Objawów było multum, jakieś szytwnienia karku (bałam sie zapal. opon), zaburzenia chodu, po prostu cuda na kiju, codzienne, wlekące się miesiącami. No i straszna agorafobia. W końcu z płaczem umówiłam sie do psychiatry - diagnoza nerwica lękowa, depresja - Bioxetin przez roku i ustapienie 99% objawów. Poczułam się tak wspaniale, że na własną rękę odstawiłam. Objawy zaczęły powoli wracać ale juz inne... Siadł mi brzuch. Nie będę opisywać. Było znowu źle. Lęk przed nowotworami. I tak latami zyję w codziennym spięciu, napięta szyja, barki uniesione, szczękościsk (aż do problemu ze stawem żuchwy i złamaniem zęba), stałe poczucie zagrożenia, budzenie się ze strachem, bezsenność, wędrujące bóle mięsni, stawów, drętwienie lewej dłoni, drętwienia nocne (które mnie lękowo powalają), jakieś wędrujące kłucia w stopach, potem dreszcze, ciarki, bóle mięsni ud, pojawiające się i zupełnie znikające. 2 lata temu bóle brzucha po prawej stronie (zyłam w przeswiadczeniu, ze mam Crohna, potem raka wątroby, jelita, żołądka..badania wychodziły dobrze - przeszło samo w styczniu) Te bóle pod żebrem zmarnowały mi miesiące zycia. Były codziennie! byłam pewna że umieram. Przesżłam psychoterapię (35 spotkań), która nic nie dała - terapeutka cyt."nie wiem co z panią zrobić". Załamałam się, wzięłam znowu Bioxetin i Triticoo, odstawiłam bo było bardzo źle. Nie pomogły. Załamałam sie dokumentnie twierdząc, ze to pewnie jakaś choroba organiczna a nie nerwica. W 2012 przeszłam piekło, mój kochany brat się powiesił, byłam wtedy w ciązy...w kwietniu tego roku moj tata zachorował na raka pęcherza (dostałam wówczas częstomoczu, po 60 razy dziennie). ogólnie jestem bardzo wrażliwa od dziecka, miałam trudne dziecinstwo, strasznie wymagających rodziców. jestem DDA. Ojciec mnie dotkliwie bił (co prawda rzadko ale jednak), poniewierał, jego cynizm i poniżanie mnie niszczyły...o dziwo teraz jest "dobrze". Zoastałam przeproszona...jestesmy piękną rodzinką hehe. Matka nigdy nie broniła, jest pod butem ojca. Bylismy sami...takie poranione dzieciaki z blokowiska żyjące na dobrym poziomie materialnym wiec jak tu mieć pretensje?? I ostatnia rzecz... Od 2 miesięcy dopadło mnie pieczenie w jamie ustnej. Rano jest OK, nasila sie do wieczora aż do zasniecia kiedy to piecze najbardziej. Periodontolog nic nie znalazł. Bardzo ale to bardzo się boję sie zesp. Sjogrena (mam Hashimoto więc dobrałam sobie, ze pewnie mam to) - wydaje mi się mam suchośc w ustach, czasem pieką oczy, dołozyłam sobie pobolewanie kolan, nadgarstka tzn. dr Google mi to stwierdził. Czytałm w Google jak oszalała. To moje NATRĘCTWO. Musze to robić codziennie, po kryjomu z komórki itp... Mąż ma dość, nie panuję nad domem, córki sa odtrącone bo ja umieram codziennie. Starsza 13l. też ma nerwicę. Przeze mnie:( Zyjemy w domu chorobami, płaczę publicznie i każę się pocieszać, pytam czy mają to co ja - to żenada. Mierzę sobie temp. codziennie, ważę się, oglądam, 36,8 konczy się histerią. pisałam w kwietniu ojcu zdiagnozowano raka (bezobjawowego) co mnie dobiło, byłam pocieszycielem rodziny, potem operacja, pocieszanie panikującej mamy, cięzko było. Oprócz częstomoczu nie miałam nic. Aż dziwne!!! Zaczęło się w lipcu/sierpniu... Znowu lęk przed SM; drętwienia, bóle ud, parestezje, i to pieczenie, którego boję się panicznie. W chwili obecnej nie mam powodów do stresu...ojciec po operacji, zdrowy...wyjaśniłam z rodzicami wiele kwestii, jest aż za dobrze. I tego boję sie najbardziej. Matka mi wpoiła, ze gdy jest za dobrze to musi się coś wydarzyć. W stylu "nie smiej się za dużo bo będziesz jeszcze płakać" To powiedzenie u nas królowało. Nie jestem juz w stanie się badać - mam biegunke na myśl o laboratorium. A powinnam. listę parametrów do zbadania zrobiłam sobie ogromną:((( Wypieram myśl o psychiatrze bo mam pewnosc że mam inną fiz. chorobę. Mam zbyt wiele objawów, które nie są atakami tylko sa wolnopłynące, długotrwałe. Do tego stały lęk o zdrowie, życie. Jak widzicie to z zewnątrz? Czy mam brac np. Xanax (mam 1 op.) i zmusic się do badań? Piecze mnie czubek języka, i dno jamy ustnej (nie mam tam żadnych zmian). Ten objaw mnie dobija, boję się go i jest codziennie. W o góloe jestem juz chyba przegrywem. Wielu obj. nie wymieniłam np. sercowych, bo książka by z tego wyszła... Poradźcie coś. . Ostatnio mam mysli by sie nażreć tabletek i zakończyć to całe g... Tylko szkoda mi dzieci. fot. Fotolia Dlaczego się boimy? Zjawisko lęku może być rozważane w różnych płaszczyznach. Najczęściej mówi się o lęku jako o zjawisku psychicznym, określając go jako „[…] przykry stan pobudzenia emocjonalnego wywołany jakimś zagrożeniem”. Pojęciem bliskim lękowi jest strach – często te określania używane są zamiennie. Zgodnie z ustaleniami psychoanalizy lęk jest odpowiedzią na niebezpieczeństwa pochodzące z wnętrza naszej psychiki, strach natomiast stanowi reakcję na realne zewnętrzne niebezpieczeństwo. W bardziej filozoficzny sposób przyczyny pojawienia się lęku opisuje F. Riemann w Obliczach lęku: Lęk pojawia się zawsze wtedy, gdy znajdujemy się w sytuacji, do której jeszcze nie dorośliśmy. Każdy rozwój, każdy krok w kierunku dorosłości jest z nim związany, gdyż prowadzi nas ku czemuś nowemu, dotychczas nieznanemu, […] w sytuacje zewnętrzne lub wewnętrzny stan ducha, których jeszcze nie przeżyliśmy i w których jeszcze siebie nie znamy. Wszystko, co nowe, nieznane, czynione lub przeżywane po raz pierwszy, niesie ze sobą, oprócz uroku nowości, chęci przygody i przyjemności, ryzyko, a także lęk. Ten obraz doskonale pasuje do rozważań na temat lęku przed śmiercią. Jednak określenie, że lęk przed śmiercią jest „lękiem przed nieznanym”, stanowi dosyć ogólną charakterystykę. Badania tanatopsychologiczne dowodzą, że jest to zjawisko bardziej złożone. Lęk egzystencjalny Szczególnym czasem kształtowania się myśli rozważającej dramat istnienia człowieka w świecie jest XX w., kiedy rozwijała się filozofia egzystencjalna. Nie znaczy to oczywiście, że wcześniej nie zastanawiano się nad ludzkim życiem. Mówi się, że również w koncepcjach Sokratesa, Augustyna, a w nowożytności Pascala pojawiały się elementy egzystencjalne. Egzystencjalizm podkreślił znaczenie takich problemów, jak: wolność, odpowiedzialność, sens życia czy śmierć. Z każdym z nich nieodłącznie związane jest pojęcie lęku, które towarzyszy człowiekowi jako istocie istniejącej w świecie. Ten lęk – ze względu na swoją specyfikę – został nazwany lękiem egzystencjalnym. Szczególnym momentem, w którym daje on o sobie znać, jest pojawienie się świadomości własnej śmiertelności. Mimo że taki typ myślenia, w mniejszym czy większym stopniu, był zawsze obecny, to jednak przez długi czas pozostawał poza głównymi zainteresowaniami myślicieli. Jako pierwszy szczegółowo egzystencjalne troski człowieka opisał – uważany za prekursora egzystencjalizmu – S. Kierkegaard. Drugą szczególnie znaną koncepcją jest filozofia Heideggera i jego określenie człowieka jako bytu ku śmierci. Inne, równie ważne i ciekawe rozważania podjął niemiecki uczony P. Tillich, który uważał, że lęk nie jest tylko rodzajem emocji, której człowiek doświadcza w określonych sytuacjach, ale jest głęboko zakorzeniony w strukturze bytowej człowieka. Doświadczyć egzystencji jako egzystencji – pisze Tillich w Pytaniu o Nieuwarunkowane – znaczy być w lęku. Egzystencja zawiera w sobie skończoność, lęk zaś jest dostrzeżeniem własnej skończoności. Według Tillicha lęk przed śmiercią przenika całą egzystencję człowieka, jest podstawowym doświadczeniem, które przybiera postać konkretnych lęków związanych z przeżywaniem codzienności. Innymi charakteryzowanymi przez Tillicha reakcjami są: lęk przed pustką i bezsensem oraz przed winą i potępieniem. Autentyczny stosunek do wszystkich rodzajów lęku to postawa męstwa, rozumianego jako afirmacja siebie mimo zagrożenia przez niebyt. Męstwo nie usuwa lęku, ale pozwala na wzniesienie się na wyższy poziom rozumienia swojego istnienia. Do lęku przed śmiercią – rozumianą jako niebyt – nie jest łatwo podejść w sposób afirmujący; jest on zbyt ogólny i nieogarniony. Stąd ten ogólny lęk przed śmiercią przekształca się w konkretny strach przed cierpieniem, zerwaniem więzi międzyludzkich, samotnością i tym, co nieznane. Konkretny strach łatwiej objąć, zrozumieć i potem – zgodnie z terminologią Tillicha – starać się afirmować. Jednak są to tylko środki zastępcze, nie niwelują tego najgłębszego, pierwotnego lęku egzystencjalnego. Czy w ogóle można więc jakoś przezwyciężyć lęk przed niebytem? Ostateczną rzeczywistością, która umożliwia człowiekowi autentyczne przekraczanie wszystkich rodzajów lęku jest – w myśl filozoficznych rozważań Tillicha – doświadczenie partycypacji w Absolucie. Trochę inaczej lęk egzystencjalny pojmuje Lévinas. Nie łączy go z lękiem przed nicością śmierci, ale raczej przed niemożliwością takiej nicości. Człowiek nie boi się więc faktu śmierci, ale raczej niemożliwości wyobrażenia sobie nie-istnienia. Sprawdź: Jak żyć po stracie bliskiej osoby? Lęk osobowościowy Szkoły psychologiczne różnie podchodziły do zagadnienia lęku, a tym samym różnie charakteryzowały lęk przed śmiercią. Freud upatrywał go w walce między ego a super ego, czego źródłem miał być lęk kastracyjny: „[…] można więc uznać lęk przed śmiercią, jak i lęk sumienia, za rezultat opracowania lęku przed kastracją”. Psychologia Junga łączy lęk przed śmiercią z procesem indywiduacji (rozwoju jaźni) – brak rozwoju duchowego prowadzi do powstawania lęku. Akceptacja śmierci, a co za tym idzie zmniejszenie lęku są charakterystyczne dla ludzi dojrzałych, którzy przeszli proces indywiduacji. Dla E. Fromma lęk przed śmiercią był związany z przyjmowaniem określonej postawy wobec życia (Fromm wyróżnił dwie zasadnicze postawy: „być” i „mieć”). Ludzie prezentujący postawę „mieć” bardziej boją się śmierci, a właściwie – jak pisze Fromm – boją się straty tego, co posiadają: ciała, własności czy tożsamości. Zmiana postawy z „mieć” na „być” łączy się automatycznie ze zmniejszaniem lęku przed śmiercią. Jeszcze inaczej mówił przedstawiciel psychologii egzystencjalnej Frankl. Dla niego lęk przed śmiercią związany jest z poziomem poczucia sensu życia. Im mniejsze zaangażowanie w życie, tym większe poczucie bezsensu oraz pustki egzystencjalnej i tym prawdopodobniejsze pojawienie się lęku przed śmiercią. Kategoria sensu była kluczowa w psychologii Frankla, również w jego tanatologicznych rozważaniach. Lęk przed śmiercią może się zmniejszać wraz ze wzrostem poczucia sensu życia. Współczesna tanatopsychologia odnosi się do wspomnianych koncepcji psychologicznych, ciągle próbując zrozumieć i opisać naturę lęku tanatycznego. Ogólnie mówi się o lęku przed własną i cudzą śmiercią oraz o lęku przed własnym i cudzym umieraniem. Specyficzną sytuacją są doświadczenia człowieka nieuleczalnie chorego, który musi się zmierzyć z myśleniem o nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Próbując opisać specyfikę lęku przed śmiercią osób umierających, wyodrębniono trzy grupy lęków: w wymiarze fizycznym, psycho-społeczno-ekonomicznym i duchowym. Wymiar fizyczny Lęk może dotyczyć choroby (przebiegu, nieprzewidywalnych postępów, objawów, utraty zdolności samoobsługi, dokuczliwości i przebiegu terapii) oraz ciała chorego (nieprzyjemnego zapachu, wyglądu, zmian zewnętrznych na ciele związanych z chorobą). Wymiar psycho-społeczno-ekonomiczny Lęk jest związany z utratą jakości życia, możliwości decydowania o sobie, wpływania na to, co się dzieje z rodziną, z dziećmi, współmałżonkiem etc. Często lęk dotyczy możliwości utraty kontaktów społecznych (zawodowych, przyjacielskich), obawy o bycie ciężarem dla rodziny, przyjaciół lub straty dotychczasowej pozycji, niezrozumienie i odrzucenie z ich strony. Leczenie związane jest z dodatkowymi wydatkami, co może wzbudzać lęk o dalszy status ekonomiczny, strach przed byciem pozbawionym pracy. Wymiar duchowy Lęk osoby chorej śmiertelnie wiąże się z perspektywą utraty wyznawanych wartości, przedmiotowym traktowaniem i obniżeniem poczucia godności. W obliczu zbliżającej się śmierci pojawiają się pytania o sens życia i śmierci. Bilansowanie przeżytego czasu często prowadzi do przekonania, że się go zmarnowało, nie zrobiło wszystkiego, co się chciało. Lęki duchowe dotyczą także kwestii religijnych, pytań o życie po śmierci i to, co człowieka tam czeka – nagroda czy kara, a może nic. Fragment pochodzi z książki "Sens życia i umierania" Beaty Kolek (wydawnictwo Impuls, Kraków 2009). Publikacja za zgodą wydawcy. Bibliografia dostępna u redakcji. Zobacz także: Żałoba – jak przeżywamy śmierć bliskiej osoby? Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem! Prof. Zbigniew Mikołejko o tym, jak współczesna kultura zagłusza, a zarazem eksploatuje lęk przed śmiercią. Joanna Podgórska: – Często mówi pan o sobie – żartem, mam nadzieję – jako o starcu stojącym już nad popielnikiem. Ładnie to tak w czasach kultu młodości?Prof. Zbigniew Mikołejko: – Mówię tak dlatego, że chciałbym być młody, ale lata niestety zrobiły swoje, wyżłobiły mnie od środka, wyżłobiły mnie na zewnątrz, rozsypując coraz bardziej w pył. Jak wszyscy, boję się tego ostatecznego rozsypania. Ale też mam świadomość, że stojąc nad otchłanią, jestem do czegoś zobowiązany, inaczej moje życie byłoby bez sensu. Do czego?Do pracy, do prób myślenia, pisania, tworzenia, uczenia. Musimy bowiem – ja także – zadzierzgnąć sens, żeby nie popaść w absolutną niewolę śmierci. Ona przecież i tak nastąpi. Ale ważne jest to, co dzieje się między naszym wrzuceniem w świat, bez naszego zachcenia przecież, i wykopaniem ze świata, też bez naszej woli. Stoi więc przed nami zadanie nadania sensu, budowania pewnej rzeczywistości, symbolicznej i zarazem realnej, wspólnej z innymi, bo samotnie się tego nie da zrobić. Współczesna kultura nie chce o śmierci wiedzieć, tak, i nie. To paradoksalne zjawisko. Z jednej strony rzeczywiście lęk przed śmiercią jest tak wyolbrzymiony, że aż do przesady skrywany w praktyce społecznej, do przesady „wymywany” ze świadomości. To się objawia choćby w nieposyłaniu dzieci do tych, którzy umierają w hospicjach czy gdzieś w szpitalach. Nie zabiera się ich także na pogrzeby. Polityczna poprawność uznała nadto, że świadomość śmierci może zranić psychikę dziecka. Dokonuje się więc w jej imię na przykład cenzurowania baśni. Tak jak kiedyś „na użytek delfina”, czyli następcy tronu, cenzurowano literaturę z poważnych albo niebezpiecznych treści, tak dziś „czyści się” treści przeznaczone dla najmłodszych z obrazów zagrożenia i śmierci, by łagodzić lęki. Ale one i tak później przyjdą, a chronione przed nimi dzieci będą wobec nich bardziej bezradne. Dawniej baśń, opowieść, była ważnym narzędziem inicjacji – wtajemniczenia w najtrudniejsze problemy losu. I wiało z niej niekiedy grozą, ale też przygotowywała jakoś do wejścia w bolesne kręgi życia: chorobę, odrzucenie, śmierć, nieszczęście, cierpienie, walkę o przetrwanie, samotność, biedę. I nie zawsze te historie, w ich pierwotnym kształcie, kończyły się dobrze. A czasem zostały bez rozstrzygnięcia, jakby w zawieszeniu, zostawiając resztę samemu już losowi. A na czym polega druga część tego paradoksu?Na czymś, co można nazwać pornografią śmierci. Te same bowiem kultury, które tak lękowo podchodzą do umierania, jako czegoś nieestetycznego, niehigienicznego i szkodliwego dla psychiki, promują śmierć na ekranie, chłodnym okiem kamery patrzą na umierających i trupy. Te same kultury produkują gry, w których leje się krew i ma się kilkanaście żywotów. Popkultura, która przynależy do tego świata, bardzo żywi się śmiercią. Fascynują ją zombies, wampiry. Dawna kultura wiedziała z niezbitą pewnością, że takie stwory istnieją, lękała się ich jednak i budowała przeciwko nim rytualne bariery: modlitwy, wianuszki z czosnku, osinowe kołki wbijane w ciała wampirów czy obcinanie im głów. To była autentyczna walka z tym, co przychodzi z krainy śmierci, ze świata umarłych czy też nie do końca umarłych. Z głębi chaosu, zła i ciemności. Nasza kultura otwiera się natomiast na te sfery bardzo szeroko i czyni z nich rodzaj igraszki, rozrywki. A to nie obłaskawia śmierci. I to, że staje się ona przedmiotem taniej gry czy zabawy, traktowanie jej z jakby lekceważeniem i przelotnie, nie wymywa lęków. W pewnym momencie zresztą podobne infantylne fascynacje miną i przyjdzie stanąć twarzą w twarz z cierpieniem, z umieraniem cudzym i własnym. A nie mamy żadnych wzorców mamy tego, co miały dawne kultury. Istniały na przykład egipskie księgi umarłych, które były indywidualnie sporządzane dla ludzi elity. Ale były też i standardowe dla uboższych. Wszystkie jednak służyły temu, by oswajać i tworzyć techniki przygotowania, wkraczania w mrok ostateczny, przełamywania granicy między życiem a nie-życiem. Człowiek dostawał w ten sposób pewne uzbrojenie duchowe. Podobnie było z tybetańską „Księgą umarłych”, gdzie podana jest duchowa, głęboka nauka o stanach bardo – różnych pośrednich, także wkraczania w śmierć. No i także ze średniowieczną „sztuką dobrego umierania”, chociaż ona – owszem – miała na względzie zaświaty, ale była skierowana ciągle jeszcze na życie doczesne. Cała ta średniowieczna pedagogika strachu, związana ze śmiercią, mówiła bowiem, że należy żyć godziwie, pobożnie, unikać grzechu i bać się kary za grzech. Miała też ona w sobie bardzo mocne demokratyczne przesłanie, bo choćby w „tańcach śmierci”, w jej powszechnym triumfie nad żywymi, nikt się nie ostawał; od papieża po żebraka, od damy dworskiej po żołnierza, od mędrca po błazna – wszystkich czekał ten sam los. Od czasów oświecenia i romantyzmu coraz popularniejsza stała się natomiast tradycja spisywania ostatnich słów umierających i odlewanie masek pośmiertnych. Ta nowa faza kultury śmierci nasiliła się zwłaszcza w XIX w. i trwała do I połowy XX w. Ale i ona wygasła. Oznaczała inny już etap w dziejach zachodniego podejścia do śmierci: ten oddalony od wiary religijnej, od nieśmiertelności duszy. Próbowano zatem, choćby tylko fragmentarycznie, „unieśmiertelnić” jakoś ciało, zatrzymać je w jakiejś mierze tutaj – w sensie materialnym, fizycznym. Tak objawiała się „śmierć Boga” w kulturze nowoczesnej. No i odrzucenie idei zmartwychwstania, wskrzeszenia, wieczności. Christian Friedrich Hebbel, wybitny dziewiętnastowieczny pisarz niemiecki, notuje w swoich „Dziennikach” chociażby taki pomysł na historię o człowieku, któremu umarła ukochana: lata całe pracuje nad eliksirem życia, a kiedy go już wynajduje – jest noc i burza – wychodzi na zewnątrz i wylewa tę miksturę. A jedna z bohaterek „Draculi” Brama Stokera mówi, że gotowa jest wyrzec się zmartwychwstania, byle tylko ocalić świat przed wampirem. Od tych krwiopijców i innych bytów pośrednich, zawieszonych jakby między życiem a śmiercią – półtrupów, pięknych topielic, zombies – zaczyna się zresztą roić w ówczesnej kulturze wysokiej. I wybiera ona, nie przypadkiem, nie zmartwychwstanie w znaczeniu duchowym, lecz – i w literaturze, i w doświadczeniach naukowych z elektrycznością – eksperymentalną drogę doktora Frankensteina, „współczesnego Prometeusza” z zasłużenie sławnej powieści Mary Shelley. Warto o tym pamiętać, bo ciągle pozostajemy pod ciśnieniem tych romantycznych pomysłów. I odrzuciliśmy dawniejsze wzorce stosunku do śmierci. Czy to znaczy, że kiedyś łatwiej się umierało?Ludzie się oczywiście bali, bali strasznie – jak dziś. Ale przy całym lęku i cierpieniu związanym z porzucaniem świata mieli większą lub mniejszą pewność: tę związaną z wiarą w życie po śmierci. Nasza zdesakralizowana kultura to utraciła. Co jednak zabawne, próbuje używać quasi-naukowych metod, by się utwierdzić, że jednak „coś jest”. Miały temu służyć choćby głośne rewelacje dr. Raymonda Moody’ego i jego książka „Życie po życiu” z 1977 r., opisująca relacje osób, które przeżyły śmierć kliniczną i „stamtąd” powróciły. Tyle że śmierć kliniczna to metafora pewnej drastycznej fazy życia, a nie stan śmierci. Ze śmierci się nie wraca. Dlaczego dzisiaj wiara nie pomaga? Przecież nadal większość ludzi deklaruje się jako wiara ma różne funkcje, które nie zawsze wiążą się z tym, co można nazwać rzeczywistością metafizyczną, nauką o zaświatach. Z badań wynika, że istnieje duże rozszczepienie między wyznawaniem katolicyzmu czy prawosławia a wiarą w piekło, niebo czy życie po śmierci. Czy dla ateisty pocieszeniem mogą być słowa Epikura, że nie należy bać się śmierci, bo gdy my jesteśmy, jej jeszcze nie ma, a gdy ona jest, nie ma już nas?Jako niewierzący zdaję sobie sprawę, że to tylko zabawa słowna. Podobnie jak wszystkie pozostałe recepty Epikura na życie szczęśliwe, może poza tą, by się za bardzo nie angażować w politykę, zająć uprawianiem ogrodu i rozmową w nim z przyjaciółmi o rzeczach naprawdę ważnych i godziwych – z dala od zamętu właściwego dla życia publicznego. Zabawna jest, nawiasem mówiąc, zwłaszcza jego recepta, dotycząca choroby: że jak jest długa, to łagodna, a jak bolesna, to krótka. A wracając do leku na lęk przed śmiercią… To ładnie brzmi: gdy jesteśmy, nie ma śmierci, a gdy jest śmierć, to nie ma nas – ale mnie jakoś nie pociesza. A panią? być, po prostu. Myśl o tym, że świat, jak gdyby nigdy nic, będzie istniał po nas, jest trudna do nie do zniesienia. Nie mam wprawdzie w sobie jeszcze starczego zgorzknienia i widzę atrakcyjność tego świata, niezależnie od fikołków, które wyprawia obecna kultura czy polityka. I ciągle wierzę w jakiś ład, ale też lękam się o przyszłość. Przerażają mnie szalejące populizmy czy fakt, że wyzyskaliśmy już Matkę Ziemię do cna. Utkwiły mi w pamięci słowa Mieczysława Rakowskiego, z którym rozmawiałam w jego 80. urodziny, gdy czuł, że ostatni etap się zbliża: Wie pani, czego mi najbardziej żal? Że nie dowiem się, co było tego akurat nie żałuję. Wolałbym, żeby nie było jakiegoś dalej, tylko żeby było jak teraz. Mimo wszystko. Żeby ludzie chodzili po ulicach, kłócili się, pili kawę, robili zakupy, uprawiali sztukę, seks i – niech już będzie! – politykę. Żeby panowała pewna niezmienność. A wiem, że tak nie będzie, bo materialne podstawy naszego świata, takie choćby jak surowce, zaczynają się wyczerpywać w sposób gwałtowny. Może dalej będzie ciekawie, ale nie na darmo chińskie przekleństwo życzy nielubianemu człowiekowi, żeby żył w ciekawych czasach. Fajnie by było patrzeć na to z pozycji obserwatora, ale niestety będziemy w tym uczestniczyć. Zastanawiam się, czy myśl, że świat będzie istniał po nas, nie jest współcześnie jeszcze trudniejsza do zniesienia. Żyjemy w narcystycznej kulturze. Ludzie pompują sobie ego w mediach społecznościowych, dzielą się każdą chwilą i obrazkiem ze swojego życia, zbierają ten narcyzm jest specyficzny, bo on ogałaca z indywidualności. Popycha do tego, żebyśmy żyli życiem klonów. Robili te same selfies w tych samych miejscach, spędzali czas w ten sam sposób, kupowali te same przedmioty, które są obiektem masowego pożądania (ono samo zresztą jest dla nas produkowane w wielkich korporacyjnych machinach). To oznacza standaryzację życia, zderzenie wewnętrznej potrzeby bycia różnym z potrzebą bycia identycznym. A to w gruncie rzeczy oznacza rozpad wspólnoty. I tak oto przewrotnie, poprzez upodobnienie do wszystkich, dostępujemy samotności. Większy niż kiedyś jest w nas chyba też lęk przed kontaktem z umierającym. Jakby śmiercią można było się umierający jest tak radykalnie inny i tak radykalnie nam obcy, że przeraża stokroć bardziej. Kiedyś ludzie chorowali i umierali w domach. Nasz higieniczny świat trzyma to w ukryciu, za ścianami i parawanami. W kulturze zachodniej w ogóle zwiększyła się odległość między ludźmi. Pomijając młodych, którzy jak zawsze mają skłonność do życia w grupach Laokoona, dystans – ten ukryty wymiar, o którym pisał Edward T. Hall – jest bardzo duży i stale się powiększa. Niby jesteśmy stłoczeni, w skali świata jest nas coraz więcej, ale świat zachodni mocno separuje nasze ciała. Zobaczmy, co się dzieje z naszą cielesnością w przestrzeni: budujemy środki szybkiej komunikacji, mijamy się w szybkich samochodach, zamykamy się w mieszkaniach i osiedlach. Już w XVIII w. wynaleźliśmy zamki zamykające wnętrza na klucz od wewnątrz. To był bardzo symboliczny moment. Nasze ciała są bardzo mocno chronione przez konstruowanie dystansu, który nas od siebie odgradza. A stosunek do ciała modeluje wszystkie inne typy relacji międzyludzkich, także nasz stosunek do śmierci. Na to nakłada się kulturowy wymóg, by ciało było wiecznie młode i doskonałe. Skoro ciało stare jest brzydkie, to tym bardziej odrażające jest ciało w stanie agonii. Wstrząsnęła mną afera, która wybuchła parę lat temu w Poznaniu. Panie, które ja uparcie nazywam „wózkowymi”, zaprotestowały, ponieważ ich córki miały na basenie wspólną przebieralnię ze starszymi paniami i oglądały brzydkie, stare ciała. Matki te nie chciały dopuścić do świadomości, że człowiek starzeje się, brzydnie i zbliża się ku śmierci. Nie chciały, żeby ich dzieci się o tym dowiedziały. Kontakt z człowiekiem umierającym jest trudny, bo budzi lęk przed śmiercią. Ale czy nie wynika też z tego, że nie wiemy, jak się zachować, bo nikt nas tego nie nauczył?Na to nie ma recepty. Bo co powiedzieć? Stary, przykro mi, że umierasz? Nie bardzo wiadomo, jak zachować się, gdy drugi człowiek jest cierpiący, a bywa, że przy tym agresywny, zły czy odpychający. Czasem stykam się z osobami, które dowiadują się o chorobie, która je niebawem wyniszczy – i zaczynają nienawidzić świata i ludzi. Poza tym umieranie wiąże się z tym, że człowiek wymaga pomocy w rzeczach związanych z przykrymi, dojmującymi objawami naszej cielesności, która zaczyna nas przerażać. Ja sam wiem, że nie mógłbym i nie potrafił pracować w hospicjum. Byłoby to dla mnie nie do zniesienia. Istnieje odpowiedź na pytanie, czy lepiej umierać wśród ludzi czy w samotności?Zawsze umieramy w samotności. Obecność bliskich niczego nie zmienia?Zastanawiam się nad tym, czego ja bym chciał. Bo chyba tylko tak można odpowiedzieć. Właściwie nie jestem pewien. Myślę, że do pewnego momentu chciałbym być z bliskimi. A na jakimś etapie, żeby zajęli się mną „technicy od umierania”: lekarze, personel medyczny, ludzie obcy. Myślę, że można by to podzielić na dwie fazy. W tej pierwszej chciałbym, żeby mi towarzyszono, ale ta ostateczna powinna być fazą samotną, choćby dlatego, by nie skazywać bliskich na jeszcze większe cierpienie. Poza tym w tym ostatnim momencie chciałbym zostać sam ze sobą. Na zawsze. rozmawiała Joanna Podgórska *** Rozmówca jest filozofem i historykiem religii, kierownikiem Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Autor prac naukowych i książek, „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu” (2009), „Żywoty świętych poprawione ponownie” (2017).

strach przed smiercia jest gorszy niz ona sama